EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT

Protesty na Litwie - relacja z zajść 16 stycznia w Wilnie

Litwini, Rosjanie, Polacy; nacjonaliści, anarchiści, punki i dresiarze; z Wilna, z Kowna, z Szawel, a z Nowej Wilejki podobno przyjechali nawet z młotem — antykryzysowy plan rządu  Andriusa Kubiliusa połączył i wyprowadził na ulice tych, którzy na co dzień nie mają za wiele sobie do powiedzenia. Tłum solidarnie wyzywał rządzących i policję od „cweli” i „złodziei”, rzucając śnieżkami oraz kamieniami, a policja dziękowała „protestantom” gazem i gumowymi kulami.

Wilno na pewno nie jest ani Atenami, ani Rygą — nie patrząc na niektóre histeryczne reportaże w telewizji — złości w tłumie się nie czuło. Jeszcze raz się przekonałem, że czym innym jest relacja w TV, a fakty. Nikt nie rozbijał witryn sklepów. Nikt nie rabował sklepów. Ludzie żartowali. Robili zdjęcia. Dzwonili do znajomych opowiadając o swych przygodach. Tu i ówdzie było słyszeć rozmowy skierowane do „stróżów porządku” : „Kogo kurwa bronicie? Przecież jesteśmy tacy sami. Odłożylibyście pały i przepuścilibyście nas”. Inni mówili: „Trzeba jeszcze sprawdzić, czy ci zamaskowani naprawdę są Litwinami”.

Pod Sejm ruszyłem od razu kiedy otrzymałem sms-a o treści: „pod sejmem zadyma na maksa: demonstranci biją szyby, strzelają, policja użyła gazu”. Na miejscu byłem tuż przed czternastą, czyli już po tym jak Zuokas dostał jajkiem w głowę, trzeba jednak przyznać, że ex-mer Wilna zachował się jak zawodowiec, nie wpadł w histerię i nadal próbował dyskutować z niezadowolonymi; a Paleckis (który podobno przybiegł ratować swego oponenta politycznego) został zbesztany (co prawda tylko słownie) przez kilku młodych i agresywnych demonstrantów. Grupa najbardziej aktywnych demonstrantów spróbowała przebić się do Sejmu. Właśnie po tym ataku zaczęła się wymiana kamienno – gazowa między tłumem i policją. Najlepszym źródłem kamieni stała się leżąca w pobliżu parlamentu fontanna. Płyty z fontanny były zarazem wystarczająco ciężkie oraz łatwe do wydobycia. Rzucający przede wszystkim celowali w okna budynku parlamentu litewskiego, a nie w policjantów. Jeden trafny „strzał” i morze oklasków...

Policja była dobrze przygotowana do obrony Sejmu. Budynek sejmowy zastałem okrążony przez policję. Dookoła biegał tłum demonstrantów oraz dziennikarze; pierwsi krzyczeli „Litwa” i „wstyd”, drudzy próbowali na bieżąco rejestrować wydarzenia. Po tej stronie ”barykady” można było zauważyć również posła Petrasa Gražulisa, znanego ze swych populistyczno–nacjonalistycznych wypowiedzi, okrążonego grupką dziennikarzy, którzy próbowali czegoś się dowiedzieć. Niestety poseł tylko wzruszał ramionami, twierdząc, że sam nie jest wpuszczany do środka. Któryś z demonstrantów, zwęszywszy, że w tłumie jest „wybranek ludu”, krzyknął: „dawajcie mi tego Gražulisa”, inni powstrzymywali zapaleńca, tłumacząc, że Gražulis jest z narodem, i w ogóle jest gościem w porządku.

Po kilkunastu minutach zniecierpliwiona policja, przy pomocy gazu spróbowała odsunąć manifestujących od budynku litewskiego parlamentu. Kamienie. Gaz. Uciekający tłum. Znów kamienie. I znów gaz. Uciekający tłum. Tak mniej więcej wyglądały zamieszki wileńskie. Policji udało się rozbić demonstrantów na co najmniej dwie grupy. Jedna część została wyparta do starego mostu zwierzynieckiego, drugą wyparto w górę po Alei Giedymina aż do Akademii Muzycznej, gdzie demonstrantów spotkały kolejne kordony policyjne. Tu większa część rozeszła się do domów, zaś resztki spróbowały przedzierać się okrężnymi drogami pod Sejm lub na stary most.

Na alei Giedymina sytuacja wyglądała co najmniej dziwnie. Z jednej strony nacierająca policja, z drugiej - uciekający tłum (próbujący w miarę swych możliwości odpowiadać „agresorom”, rzucając w ich stronę śmietniki), natomiast po bokach — w kawiarniach i fryzjerniach — siedzieli spokojnie ludzie, pijący kawę lub robiący manicure. Warto zaznaczyć, że nikt z właścicieli kawiarni czy sklepów, nie zamknął na czas zamieszek swojego interesu. Zresztą nie było ku temu żadnych powodów, w ich stronę nie rzucono ani jednego kamienia. Demonstracja wileńska, w odróżnieniu od podobnych protestów w Europie, przebiegała w sposób bardzo kulturalny, jeśli to określenie w ogóle pasuje do tego rodzaju akcji.

Nacjonaliści, anarchiści, punki i dresiarze zebrali się na wiec zorganizowany przez wiązki zawodowe. Do starego mostu na Zwierzyniec można było otarć bez problemu (pojedynczo nawet tą samą aleją Giedymina, bo zdezorientowani policjanci ewidentnie nie wiedzieli, kogo mają puszczać, a kogo nie), dosyć liczne patrole policyjne nikogo nie zatrzymywały. Charakter zebranych pod parlamentem i tych przy moście nieco się różnił. O ile pod parlamentem można było zobaczyć jakichś agitatorów (czy to od Murzy, czy to od Paleckisa), to pod mostem protest miał charakter ludowy i spontaniczny. „Liderzy” samoistnie wyłaniali się spośród najbardziej aktywnych i agresywnych uczestników tłumu. Trudno stwierdzić jednoznacznie, ale na oko wyglądało, że większość zebranych stanowi miejscowa „chebra” ze Zwierzyńca i okolic. Gazowe ataki tutaj były mniej skuteczne niż pod Sejmem, czy na alei Giedymina. Gazowe granaty od razu były wyrzucane przez ludzi do rzeki i gazu praktycznie nie było czuć. Tłum był jednak zbyt mały, aby przeciwstawić się policji, dlatego funkcjonariuszom dosyć szybko udało się wyprzeć protestujących za rzekę.

Za rzeką ktoś z tłumu nawoływał do robienia barykady. Nikt jednak nie ruszył ani stojących samochodów, ani cerkiewnego płotu. Nieliczni próbowali zwalić semafor oraz znaki drogowe, ale bez skutku. Krawężniki też nie dały się tak łatwo wyrwać siebie, jak to pokazują w filmach lub opisują w książkach. Dlatego zamiast kamieni w policję rzucano śniegiem i lodem. Ożywienie zaczęło się, gdy przez tłum próbował przejechać bus banku „Snoras”. Kierowca busu przez okno, za pomocą gestów, próbował wytłumaczyć demonstrantom, że on nie jest z policji.  „Przewróćmy go” — zaproponował ktoś. „Bierzmy go. Tam są nasze pieniądze” — żartował drugi. „Nie, nie róbmy burdelu, róbmy porządek, o ile władza nie może go zrobić” — uspokajał najbardziej zapalonych buntowników trzeci. Samochodu nie wywrócono, ale musiał zawrócić. Demonstranci z entuzjazmem ten incydent uznali za swoje małe zwycięstwo.

Jedynym politykiem, który ucierpiał podczas wiecu był Artūras Zuokas, który został trafiony jajkiem rzuconym z tłumu. Gapie i zwykli przechodni są częścią składową tego typu akcji na całym świecie. Syn, na oko 10 – 12 lat, niemal błagał matkę, aby poszli już domu. Cały czas, po polsku, powtarzając „Mamo idźmy do domu”. Mama ewidentnie zaciekawiona dalszymi działaniami demonstrantów i policji, uspokajała dziecko słowami „zaraz, zaraz”. Jakaś starsza pani próbowała wytłumaczyć „młodym i zbuntowanym”, że nie tędy droga i zamiast rzucać kamienie, lepiej poszliby poszukać pracy. Jak można szukać czegoś, czego nie ma — oponował jej nieco podpity młodzieniec. Nieprawdą są jednak słowa premiera, który oskarżył, że tłum był pod wpływem alkoholu i innych środków odurzających, z całą pewnością mogę stwierdzić (ponieważ przez cały czas byłem po tej, a nie po tamtej stronie barykady), pijanych wśród protestujących było niezwykle mało.

Taktyka policji polegała na rozbijaniu protestujących na jak najmniejsze grupy. Podobnie na Zwierzyńcu. Po kolejnej ofensywie policjantów tłum pierzchł w różne strony. Gdy jednak policjanci odstąpili znów do mostu, tłum zaczął zbierać się ponownie.

Wracając wieczorem trolejbusem wszędzie było pełno grup młodych i podekscytowanych ludzi dzielących się na swoisty sposób wrażeniami: „Tego u nas, kurwa, jeszcze nie było”. Natomiast w telewizji można było zobaczyć „trzech pierwszych ludzi w państwie” mówiących jednym głosem, że zamieszki są bardzo podobne do tych w Rydze i Talinnie i że prawdopodobnie jest to prowokacja wiadomo kogo. Prowokator, według naszych mężów stanu, jest na tyle oczywisty, że nikt nie zaryzykował go głośno nazwać. Sejmowi eksperci, jeszcze w trakcie zamieszek, podliczyli, że straty państwa w wyniku zamieszek wyniosą co najmniej kilka milionów litów. Ciekawie skąd się wzięła taka suma. Czyżby sejmowe okna czy obok leżąca fontanna — kosztują kilka milionów litów? Demonstranci nie tknęli ani jednego sklepu, ani jednego baru, których w pobliżu było mnóstwo. Cóż najwidoczniej znów ktoś na proteście próbuje zarobić, ale czy warto oskarżać tego, którego imię boimy się nawet wypowiedzieć.

Antoni Pacuk Radczenko (za: www.infopol.lt)

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
530 377 534
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 530 377 534
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.