EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT

„Mięso z próbówki” – złudzenie postępu

„Mięso z próbówki” – złudzenie postępu
Wikipedia

Wbrew obiegowemu przekonaniu problemem zdrowej żywności są zainteresowani nie tylko przedstawiciele klasy średniej. Kwestie zdrowotne i środowiskowe będą odgrywać coraz większą rolę gospodarczą, polityczną i w walkach społecznych. Dlatego powinny się znaleźć w centrum uwagi związków zawodowych.

Ostatnio na stronach internetowych Inicjatywy Pracowniczej ukazał się artykuł Mateusza Żuka pt. „‘Mięso z próbówki’. Czy polscy rolnicy podzielą los górników?” Chciałbym się odnieść w tym artykule do kilku kwestii poruszanych przez autora. W pierwszej jednak kolejności moglibyśmy zapytać: po co związek zawodowy ma się zajmować tą futurystyczną i ekologiczną problematyką?

Żywność, nowe technologie i rynek pracy

Nie ulega wątpliwości, że artykuł Mateusza Żuka słusznie wskazuje, że kluczowym dla nas pytaniem jest m.in. to, jak nowe technologie mogą wpłynąć na rynek pracy. Gdyby ziściła się prognoza Żuka, to z powodu „mięsa z próbówki” w ciągu stosunkowo krótkiego czasu zajęcie w rolnictwie i przetwórstwie mięsnym mogłoby stracić setki tysięcy osób. Oznaczałoby to nie tylko zmiany w stosunkach pracy w rolnictwie, ale większą podaż siły roboczej w innych sektorach gospodarki. Proces proletaryzacji na polskiej wsi (i nie tylko polskiej) znacznie by przyspieszył. W takim układzie wzrośnie liczba poszukujących nowego zatrudniania. Konsekwencje (i kontrowersje) społeczne mogłyby tu być zbliżone do tych związanych z transformacją w górnictwie. Choć zmiany w przemyśle wydobywczym rozciągnęły się na wiele dekad. Z tego powodu może bardziej adekwatne jest tu porównanie do gwałtownej likwidacji PGR-ów, czego negatywne efekty dotknęły setki tysięcy pracowników. Oznaczały także długotrwałą zapaść wielu obszarów wiejskich w Polsce.

Po drugie: związkom zawodowym nie mogą być i nie są obce zagadnienia dotyczące szeroko rozumianych warunków nie tylko pracy, ale i życia pracowników. Winniśmy odpowiednio reagować na zwyżki cen artykułów spożywczych, ale także ich jakość. Nie możemy abstrahować od tego w jakich warunkach powstało jedzenie oraz puścić mimo uszu prognozy na temat grożącej nam drożyzny. Od kilkunastu lat ceny żywności na międzynarodowych rynkach systematycznie rosną. Jest to zwyżka bezprecedensowa i pomimo – co paradoksalne – globalnej nadprodukcji produktów rolnych skutkuje tym, że dodatkowo miliony osób cierpi z powodu niedożywienia i głodu w wielu regionach świata. Mówi się, że problem ten dotyka także niektórych grup społecznych w Polsce.

Równolegle coraz więcej miejsca poświęca się problemowi „zdrowej żywności”. Wbrew obiegowemu przekonaniu tematem tym są zainteresowani nie tylko przedstawiciele klasy średniej, lecz także innych grup. Kwestie zdrowotne i środowiskowe będą odgrywać coraz większą rolę gospodarczą, polityczną i w walkach społecznych. W ostatnich latach (i to jeszcze przed COVID-19) zaczęła np. obniżać się średnia wieku w tzw. rozwiniętych krajach, w tym w Polsce. Smog, epidemie, antybiotykoodporność, rak, stres itd. stanowią kluczowe wyzwanie dla świata pracy.

Z tych powodów nie należy bagatelizować tego typu analiz, jak ta przedstawiona w artykule Mateusza Żuka. Autor, świadomy społecznych konsekwencji likwidacji hodowli, zdaje się przedstawiać alternatywę: albo nowa rewolucja technologiczna w rolnictwie, albo pogłębiający się kryzys ekologiczny, w tym przede wszystkim klimatyczny, ze wszystkimi jego następstwami społecznymi. Tą rewolucyjną zmianą ma być produkcja „mięsa in vitro”, czyli tzw. rolnictwo komórkowe. Dylemat ten jest, przez Żuka i wielu innych autorów, przestawiony jednak w zbyt uproszczony sposób, a oczekiwany tu postęp może niestety okazać się dla wszystkich kosztowny – szczególnie właśnie w ekologicznym sensie. Dlaczego?

Mięsna makdonaldyzacja

Pierwszym zarzutem wobec narracji zaproponowanej przez Żuka jest to, iż przyjmuje on – jak wielu innych analityków – że mięso jest nie tylko „naturalnym”, lecz też najlepszym pokarmem dla ludzi. Problem z jakim się natomiast mierzymy, to wzrost demograficzny i konieczność wprowadzenia hodowli na przemysłową skalę, która rodzi szereg negatywnych konsekwencji ekologicznych i narusza dobrostan zwierząt. Inaczej mówiąc, produktów pochodzenia zwierzęcego nie da się niczym zastąpić. Ludzie chcą i będą chcieć mięso. Trzeba zatem im je „dostarczyć”, ale produkując w inny niż dotychczasowy sposób – metodą in vitro, w bioreaktorach. Technologicznie wydaje się to bowiem możliwe.

Jednak mięso – historycznie rzecz ujmując – nigdy nie było dla ludzi podstawowym źródłem ani protein, ani kalorii. To, że polowania i konsumpcja mięsa ukształtowały nas jako gatunek i społeczeństwo, nie jest prawdą. Nasze preferencje dietetyczne zawsze były zorientowane na pokarm pochodzenia roślinnego. Co więcej, także obecnie problem zastąpienia „mięsa hodowlanego”, „mięsem z bioreaktorów” dotyczy tylko niektórych społeczeństw i grup społecznych. Według aktualnych danych FAO w Europie i Ameryce Północnej produkty pochodzenia zwierzęcego pokrywają nasze zapotrzebowanie na kalorie w aż 27-28%, w tym mięso w ok. 12%. W Afryce (przy zdecydowanie mniejszej ilości spożywanych kalorii), ten odsetek wynosi analogicznie: niecałych 8% i 4%. Inaczej mówiąc, konsumpcja mięsa dotyczy krajów bogatych, nie jest to problem „ogólnoludzki”, jak stara się nas niejednokrotnie przekonać.

Fakt, iż wraz z rozprzestrzenianiem się kapitalizmu, utowarowieniem gospodarki i wzrostem spożycia kalorii, rośnie konsumpcja mięsa, należy przypisać temu, co socjolog George Ritzer nazwał w swojej zapomnianej już książce „makdonaldyzacją społeczeństwa”. Wiele krajów wkraczając na tzw. kapitalistyczną ścieżkę rozwoju, przejmuje jednocześnie najgorsze wzorce konsumpcyjne, ze szkodą dla ludzkiego zdrowia i środowiska. Nie dzieje się to bez presji podażowej ze strony międzynarodowych producentów produktów pochodzenia zwierzęcego, forsujących takie formy spożycia, które gwarantują odpowiednią rentowność ich przedsięwzięciom. Tymczasem na drodze do redukcji konsumpcji mięsa (czy szerzej produktów pochodzenia zwierzęcego) wcale nie stają żadne uwarunkowania biologiczne czy dietetyczne, ale co najwyżej ekonomiczne i polityczne.

I jeszcze jedna ważna uwaga. Większość analiz dotyczących „mięsa z próbówki” utrzymuje, że mięso jest niezdrowe z powodu jego hodowlanego pochodzenia. Tymczasem chów jest tylko jedną z przyczyn. Mięso jest niezdrowe dla człowieka – przekonuje w swojej książce pt. „Proteinnabolic” amerykański lekarz Garth Davis – ponieważ jest mięsem. To jedna z najlepszych książek na temat jego zdrowotnego oddziaływania, jaka ukazała się w Polsce. Pod zbyt chyba jednak szumnym tytułem: „Mięso nas zabija”. Mówi ona o negatywnych skutkach diety wysokobiałkowej.

Bioreaktory w warunkach konkurencji rynkowej

W opracowaniach dotyczących „mięsa z bioreaktorów” często przekonuje się, że będzie to produkt zdrowszy, wolny od zanieczyszczeń antybiotykami, hormonami czy salmonellą. Będzie to zatem „mięso czyste” – nie tylko w sensie etycznym, ale i w dosłownym.

Oczywiście w warunkach laboratoryjnych, gdzie pracują dobrze opłacani i zmotywowani moralnie inżynierowie (obecnie znaczna część z nich nie kryje sympatii do ruchu obrońców praw zwierząt), ono takie jest. Pytanie, co się stanie, kiedy rozpocznie się produkcja na masową skalę, a głównym jej wyznacznikiem będzie nie innowacyjność czy etyka, ale czysty zysk? Kiedy rozpocznie się mordercza cenowa konkurencja między poszczególnymi koncernami spożywczymi, które poniosą ogromne nakłady na badania, infrastrukturę produkcyjną i marketing. Kapitał będzie domagał się możliwie szybkiego zwrotu.

To prawda, że warunki życia zwierząt (zwłaszcza na fermach przemysłowych) są niebezpieczne i zagraża im m.in. wiele patogenów. Każdy organizm zwierzęcy stara radzić sobie z tym poprzez obronną reakcję systemu immunologicznego (no, a jak sobie nie radzi, to podaje się np. antybiotyki). W bioreaktorze, gdzie namnażają się komórki mięśniowe, taka sytuacja jest bardziej skomplikowana w tym sensie, że musimy ją mieć pod kontrolą. Kiedy pojawi się tam bakteria czy wirus, może zastać idealne warunki dla swojego rozwoju. Dlatego wszystko, co dostanie się do bioreaktora musi być na swój sposób sterylne – zarówno woda, jak składniki odżywcze potrzebne dla namnażania komórek. Zdajemy zatem sobie sprawę, że „czystość” procesu produkcyjnego staje się kluczowa, ale czy bez „chemii” da się ją utrzymać na skalą przemysłową? Mamy prawo wątpić.

Podobnie jest z innymi zapewnieniami dotyczącymi np. radykalnej redukcji zapotrzebowania na wodę, energię, grunty uprawne i niskiej emisyjności gazów cieplarnianych. Optymistyczne założenia są coraz częściej kwestionowane. Na przykład niektórzy utrzymują, że przy hodowli drobiowej zużywa się jednak mniej energii; przy produkcji mięsa in vitro możemy wprawdzie liczyć na mniejszą emisję metanu, ale niekoniecznie CO2. I tak dalej. Ciekawy artykuł na te tematy pt. „Wyzwania związane z produkcją „sztucznego mięsa” opublikowano niedawno w „Życiu Weterynaryjnym” (nr 95(2)/2020).

Dużo pisze się o tym, że nie tylko znane tuzy kapitalistycznego świata jak Billi Gates, Jeff Bezos czy Richard Branson, ale także przedstawiciele największych koncernów mięsnych, są zainteresowani tą najnowszą technologią. Jeżeli jednak producenci mięsa do tej pory – delikatnie mówiąc – nie celowali w etycznych zachowaniach tak względem konsumentów, jak też w sprawie utrzymania odpowiedniego dobrostanu zwierząt, to skąd przekonanie, że w wyścigu o jak najwyższe zyski „czyste mięso” faktycznie nim będzie? Co realnie trafi do bioreaktorów, aby zapewnić producentom jak najniższe koszty? Czy ta wysoce przetworzona żywność będzie zdrowa, a jej produkcja przyjazna środowisku? Skoro do tej pory koncerny tego nie gwarantowały, dlaczego mielibyśmy wierzyć, że to się zmieni? Przy wyjściu z laboratorium na rynek, napotykamy zupełnie inną, ale dobrze nam znaną grupę problemów związaną z realiami funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej.

Nie likwidacja, ale restrukturyzacja

Niemniej jednak, część bardziej liberalnie nastawionych działaczy i działeczek pro-zwierzęcych z zadowoleniem przyjęła fakt, iż produkcją mięsa in vitro zainteresowały się największe koncerny sektora mięsnego. Liczą, że dzięki bioreaktorom mechanizmy rynkowe, jak nie po stronie popytowej to podażowej, rychło doprowadzą do eliminacji hodowli na masową skalę. Pisałem wyżej, że w sensie ekologicznym bilans wcale nie musi być tu korzystny. Ale co z sytuacją samych zwierząt?

Aby przekonać do swoich racji entuzjaści nowej technologii szukają różnych historycznych analogii, starając się nas tym sposobem przekonać, iż mają rację. Na przykład Paul Shapiro, autor książki „Czyste mięso. Jak hodowla mięsa bez zwierząt zrewolucjonizuje twój obiad i cały świat” pisze, że wprowadzenie silnika spalinowego uwolniło konie spod ciężaru ludzkiej eksploatacji. Przykład w omawianym tu kontekście wyjątkowo niefortunny. Oprócz tego, że rozwój motoryzacji doprowadził do szeregu problemów ekologicznych, w tym emisji CO2, to bilans dla zwierząt – oprócz koni – nie wydaje się zbytnio korzystny. Wspomnijmy tylko, że pod kołami rocznie ginie w Polsce ok. 100 tys. większych osobników – nie licząc drobnych ssaków, gadów, płazów, ptaków, nie mówiąc o owadach. Jakie to są liczby w skali świata? Ogromne.

Poszukajmy bardziej adekwatnych przykładów, kiedy to starano się określony produkt pochodzenia zwierzęcego zastąpić na rynku jego np. roślinnym substytutem. Weźmy na początku tłuszcze i wprowadzenie na rynek tzw. masła roślinnego (czy szerzej olejów roślinnych w miejsce tłuszczów pochodzenia zwierzęcego czyli także smalcu). Na temat konsekwencji tej zmiany w Europie i Polsce mamy kilka opracowań. Według danych GUS w Polsce w stosunku do 1990 r. roczne spożycie tłuszczów zwierzęcych per capita w okresie potransformacyjnym spadło o ok. 1/3, po czym już od połowy lat 90. ich konsumpcja ustabilizowała się na mniej więcej podobnym poziomie (ok. 10-11 kg rocznie per capita). Co prawda udział procentowy spożycia tłuszczów zwierzęcych spadał dalej, jednak wiązało się to ze wzrostem konsumpcji tłuszczów ogółem: w 1990 r. udział tłuszczów zwierzęcych wynosił 68%, a obecnie ok. 30%. Kluczowe znaczenie przy odwróceniu tych proporcji miało uwolnienie od początku lat 90. cen żywności i pojawienie się dużej różnicy cenowej między tłuszczami roślinnymi i zwierzęcymi. A dodatkowo spadek realnych dochodów wielu grup społecznych. Dziś, dostępny w supermarketach roślinny substytut masła jest tańszy o mniej więcej połowę.

A jak to wygląda z punktu widzenia położenia zwierząt? Rynek mleczarski na opisany wyżej stan rzeczy zareagował przede wszystkim zwiększając wydajność krów mlecznych, dokonując mechanizacji i koncentracji produkcji, zmieniając strategie produktowe itd. Liczba krów mlecznych wprawdzie spadła o połowę, ale ich jednostkowa mleczność znacznie wrosła – z 3000 do 6500 litrów rocznie! Inaczej mówiąc te krowy, które „pozostały na stanowiskach” (w Polsce ok. 2,1 mln w 2020 r.), poddano większej eksploatacji. Zwiększyła się też ich rotacja. Te które nie są dość wydajne, szybko kończą w rzeźni. W efekcie produkcja mleka od 1990 r. do dziś spadła tylko o 6%, a w ostatniej dekadzie z powrotem systematycznie rośnie i wszystko wskazuje, że niebawem osiągnie poziom sprzed 1990 r. Dodatkowo produkcja serów zwiększała się w porównaniu z początkiem lat 90. trzykrotnie!

Rynek produktów mlecznych rozwija się dalej pomyślnie. Potrzebował jedynie restrukturyzacji, aby przede wszystkim zwiększyć cenową atrakcyjność w porównaniu ze swoją roślinną konkurencją, która z kolei coraz mniej zagraża produktom pochodzenia zwierzęcego, i rozwija się we własnym rynkowym segmencie. Uzupełniają się.

Podobna sytuacja występuje także w innych przypadkach. Wprowadzenie szeregu nowoczesnych włókien syntetycznych doprowadziło na początku lat 90. do gwałtownego spadku zapotrzebowania na owczą wełnę, a co za tym idzie także do redukcji pogłowia tych zwierząt. Dotkliwie to odczuli m.in. hodowcy australijscy. Jednak zapotrzebowanie na mięso i skórę tego gatunku ciągle rosło, a światowe stado owiec „odbudowało się” i jest dziś – wg danych FAO – już większe niż trzy dekady temu.

Podobnie ze „sztucznymi futrami”. Wydawało się, że ich pojawienie się na rynku było jedną z przyczyn załamania się produkcji futer ze zwierząt w latach 90. Jednak na niekorzystne dla niej trendy branża zareagowała zmianami m.in. produktowymi i marketingowymi, wprowadzając na przemysłową skalę hodowlę norek. W rezultacie w latach 2000. produkcja ponownie wzrosła osiągając rekordowe wyniki. Choć dziś branża znowu odnotowuje spektakularne spadki, to nie widać związku z podażą syntetycznego odpowiednika futer. Oba produkty funkcjonują niejako obok siebie, zajmując raczej osobne nisze rynkowe.

Wniosek jest oczywisty. Nawet jeżeli uda się wprowadzić na rynek „mięso in vitro”, to może ono jedynie zredukować część produkcji zwierzęcej, prawdopodobnie bardziej wołowinę niż wieprzowinę czy drób. Wołowina np. w Polsce jest droższa od drobiu 4-5 krotnie. Ale m.in. z tego powodu jej udział w światowym rynku spada. Z kolei niektóre opracowania nt. „mięsa z próbówki” nie ukrywają, że trudno będzie konkurować nowemu produktowi z brojlerami kurzymi. Może to także oznaczać, iż zajmie on tylko określoną niszę rynkową, która w ogóle nie naruszy struktury i trendów dotychczasowej produkcji zwierzęcej, a tylko powiększy konsumpcję mięsa. Sytuacja zwierząt się nie zmieni.

Brak czasu

Pewne analizy rynkowe pokazują, że wartościowo „mięso z próbówki” uzyska 10% udziału w globalnym rynku w roku 2030. Inne przewidywania są tu mniej optymistyczne i mówią o jednym procencie, a nawet mniej. Od dwóch dekad prace ograniczają się ciągle do laboratoriów. Zapowiadany od czasu do czasu sukces rynkowy nie następuje. (Zakładam, że odnotowałby to w swoim artykule Mateusz Żuk). Wszystko to przy nieustannym wzroście podaży mięsa hodowlanego. Powstaje pytanie: czy mamy tyle czasu, aby czekać na „czyste mięso”? Ostatnio podkreśla się coraz bardziej stanowczo, że redukcja emisji gazów cieplarnianych musi następować zdecydowanie szybciej i równolegle w wielu branżach, nie tylko w energetyce. W przypadku konsumpcji mięsa droga jest jedna – radykalne ograniczenie spożycia mięsa, a najlepiej przejście na wegetariańską lub wegańską dietę. Rozwiązanie to pociąga za sobą także zdecydowanie mniej problemów społecznych w rolnictwie, gdzie produkcja roślina w zamian produktów pochodzenia zwierzęcego zdołałaby zachować wiele miejsc pracy.

Tymczasem dyskusja wokół wyrobów „mięsnopodobnych”, pochodzących z bioreaktora czy powstałych na bazie roślinnej (jak sojowe parówki), podtrzymuje mit o niezbędności mięsa w ludzkiej diecie i niezmiennym na nie popycie. Marketingowa strategia podszywania się pod produkty pochodzenia zwierzęcego jest obliczona na doraźne korzyści ekonomiczne. Można jeszcze zrozumieć firmy, ale odpowiedzialna polityka społeczno-gospodarcza na tym gruncie, powinna być bardziej długowzroczna. Jednocześnie na całym świecie spożycie mięsa rośnie i dominować zaczyna nawet w krajach, gdzie wegetariańska dieta miała długą i ugruntowaną tradycję, jak Indie i Chiny. Nie rekompensuje tego w żaden sposób popularność, ciągle jednak nie tak duża jakbyśmy myśleli, bezmięsnej diety na Zachodzie.

Wreszcie, zamiast dążyć do zdecentralizowania systemu produkcji zarówno energii, jak i pożywienia, lokować ją blisko odbiorców, skracać łańcuchy dostaw, minimalizować straty (w przypadku energii i pożywienia sięgają w ujęciu kalorycznym nawet 50%), oszczędzać na zużyciu, to budując reaktory jądrowe i bioreaktory, będziemy zmierzać w zupełnie innym kierunku. W konsekwencji wzmacniamy kontrolę państwa i kapitału nad formami spożycia. Zarówno nasza praca, jak i konsumpcja nie odzyskają niezależności. Ostatnio w aktywistycznych i politycznych środowiskach odżywa duch postępu i wiara w osiągnięcia naukowo-techniczne, które mają być lekarstwem na dzisiejsze bolączki społeczne. Niestety dzieje się to kosztem trzeźwego i krytycznego spojrzenia na problem.

Jarosław Urbański

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
530 377 534
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 530 377 534
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.